Ojj. Inez zaczęła się tłumaczyć z ostatniego filmiku odnośnie vlogów z USA

fot. pomponik / INEZ

Po tym, jak w polskim internecie zrobiło się głośno o jej komentarzu dotyczącym wyników oglądalności amerykańskich vlogów ekipy Dresscode, Inez Lis postanowiła zabrać głos i rozwiać wątpliwości. Zamiast klasycznych przeprosin influencerka postawiła na wyjaśnienie z charakterystyczną dla siebie szczerością i lekkim przymrużeniem oka.W najnowszym nagraniu Inez mówi wprost:

„Rozumiem, że ktoś może nie rozumieć mojego humoru i tego, w jaki sposób często się wyrażam w sposób żartobliwy. I akceptuję to, że ktoś mógł to wziąć na poważnie, bo to faktycznie… Jeżeli ktoś nie zna mnie i nie słyszy po moim tonie, że to jest żart, to takie słowa są egotopowe i na pewno, jakby, moja wypowiedź mogła być dla wielu osób kontrowersyjna.”Przyznaje więc otwarcie, że jej wcześniejsze słowa mogły zabrzmieć mocno, zwłaszcza dla osób, które nie śledzą jej na co dzień. Ale nie kończy na tym.

Chwilę później dodaje:
„Natomiast też nie uważam, że to jest coś złego, że wspieram mój kanał i chcę podawać dalej promocję jego, i chcę, żeby nasz kanał się super rozwijał.”Klasyczny Inezowy twist – żart żartem, ale biznes jest na serio. Influencerka nie ukrywa, że zależy jej na tym, by treści Dresscode, w tym te z USA, zbierały jak największe zasięgi. W końcu ekipa inwestuje w wyjazdy, organizację i montaż, więc promocja własnego projektu wydaje się jak najbardziej naturalna.

Dla stałych widzów taki styl Inez nie jest niczym nowym. Od lat kojarzona jest z bezpośrednim, ironicznym poczuciem humoru, które czasem balansuje na cienkiej linii. Tym razem jednak komentarz o „słabych wyświetleniach” i sugestia, że widzowie mogą po prostu zazdrościć, okazał się na tyle nośny, że szybko obiegł sieć i wywołał sporo dyskusji.Inez nie ucieka w defensywę.

Zamiast tego spokojnie tłumaczy kontekst:
„Rozumiem, że ktoś może nie rozumieć mojego humoru…” – i jednocześnie nie rezygnuje z tego, co dla niej najważniejsze. Chce, żeby kanał rósł, rozwijał się i miał jak najlepszą oglądalność. To nie jest przeprosiny, to raczej lekcja komunikacji: „to był żart, ale jakby co – nadal stoję przy promocji”.

Cała sytuacja to świetny przykład tego, jak w polskim YouTubie jeden luźny komentarz potrafi szybko wymknąć się spod kontroli. Coś, co dla wtajemniczonych brzmi jak typowa Inezowa ironia, dla reszty internetu staje się materiałem na memy i dłuższe analizy.

Czy to zamknie temat? Prawdopodobnie nie do końca, bo polski internet lubi takie historie.